Między traktorami...

By sobota, kwietnia 11, 2015

O tym, że samochody się psują niby wie każdy. O tym, że psują się one nam wiedzą już wszyscy. Tego, że po środku lubelskich pól zepsuje się nam nowe auto z niemowlęciem w środku - nie spodziewałby się nikt.



Spędzając cały powielkanocny tydzień u dziadków A. w Łańcucie postanowiliśmy ruszyć naszą podstawową trzyosobową komórkę społeczną z miejsca i wybrać się gdzieś przed siebie. Wybór padł na Zamość - ponoć piękne miasto z pięknym rynkiem i ratuszem. Ponoć to słowo klucz, ponieważ nie dane było nam się tego dowiedzieć.

Pierwszy słoneczny dzień, dobre humory, Adaś wyspany i roześmiany. Nic innego do szczęścia nam nie było trzeba. Nic poza sprawnym samochodem:) Trasa Łańcut - Zamość to jakieś dwie godziny drogi z małym hakiem. I dokładnie gdzieś w połowie drogi na granicy gmin Obsza i Łukowa (dokładnie między tabliczkami informującymi nas o końcu jednej i początku drugiej) auto, które od kilkunastu kilometrów wydawało dziwne dźwięki, odmówiło dalszej współpracy. Kontrolka 'check engine' poinformowała nas swoim blaskiem o końcu podróży. To nic, że akurat w takim miejscu Lubelszczyzny, gdzie na horyzoncie widać jedynie kilka domów, pracujące na polach ciągniki i małą kapliczkę na rozstaju dróg, chyba zesłaną nam celowo. Modlitwa w takiej sytuacji nawet byłaby na miejscu. 

Na lewo pole, na prawo pole. I my. Iście filmowa sytuacja:) Oczekiwanie na lawetę i samochód zastępczy trochę trwało. 2 godziny to akuratny czas na to, by polami się przejść, popatrzeć na równinny krajobraz, opalić sobie nos (pierwszy raz w sezonie!) i dziękować Bogu (kapliczka jak znalazł), że w aucie była Tula. Tak z pomocą sił wyższych trafiliśmy w końcu późnym popołudniem do domu rodzinnego K.


Zamiast Zamościa były pola uprawne, rozwożące po nich nawóz traktory i my troje:) I byłaby to w gruncie rzeczy fajna przygoda, gdyby nie to, że każda nasza podróż autem (nie ważne czy nowym, czy markowym, czy uznawanym za solidny) obarczona jest ryzykiem. Ot taka karma... 

PS. Nasz samochód cierpiał na fabryczną wadę świec zapłonowych lub coś w ten deseń. Ponoć takie usterki nie zdarzają się w nowym aucie. Nam się zdarzyć może wszystko:)

Pozdrawiają,
K. K. i A. opaleni lubelskim słońcem :)

Zobacz również

16 komentarze

  1. To rzeczywiście macie przygody z autami, za to mieliście cudowny spacer na łonie natury :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, słońce było bardzo mocno i nawet Adaś złapał pierwszą opaleniznę:)

      Usuń
  2. Dziękować Bogu ( ot ta kapliczka jednak jest bardzo na miejscu ), że akurat taką pogodę trafiliście. Bo spędzić 2 godziny w nieporuszającym się aucie z dzieckiem - to (przynajmniej w naszej rodzinie) było by harcorem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam to dobrze... Przyznaj, że nawet pół godziny byłoby nie do wytrzymania:)

      Usuń
  3. Przygodowo ;)
    Piękny ten wózeczek. ładny kolor budki <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I bardzo funkcjonalny;) Jak na spacerówkę nawet na polnej drodze dał radę:)

      Usuń
  4. Hahaha:))) Ahoj przygodo:)) Zobacz, za kilka lat będziecie to wspominać ...a jak was pamięć zwiedzie, to zajrzycie na bloga, przypomnieć sobie:)) Ja tam lubię takie przygody, mój niekoniecznie:)))kiedyś wracając z gór, gps poprowadził nas w pewną wieś, mająca tylko dwie drogi przecinające się na krzyż...i wierz mi, nie potrafiliśmy z niej wyjechać ponad półgodziny..no jak "Blair Witch project", ja byłam zachwycona..mój na głos klnął w nerwach cały, aż obudził Ritę...a przecież to było super:))) pozdrawiam*** Kasia

    OdpowiedzUsuń
  5. Ważne, że w całym tym nieszczęściu pogoda Wam dopisała. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie:) Chcieliśmy pogodę na wycieczkę to mieliśmy:)

      Usuń
  6. Współczuję.. My mieliśmy dwa takie przypadki gdy Misiek był mały, raz w szczerym polu auto się zablokowało, że nawet dobrze nie szło zepchnąć na pobocze, elektryka padła a że ciemno było to musiałam po ciemku spacerować z małym w wózku po polu bo M. się bał że może w nas coś uderzyć bo światła nie działały. Drugim razem byliśmy mądrzejsi i wykupiliśmy sobie dodatkowy assistance więc w ciągu godziny mieliśmy mechanika i auto zastępcze. Nasz samochód za to miał się gorzej bo mechanik zostawił nam śrubkę w rozrządzie więc prawie cały silnik do naprawy... A takie przygody to tylko w drodze do teściów ;p Ach te przygody, dobrze, że wy wyszliście z tego opaleni ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W każdej sytuacji trzeba szukać pozytywów;)

      Usuń
  7. Tak to jest u nas na Lubelszczyźnie. Tylko pola i pola wkoło :-)
    A tak serio to współczuję takiego czekania, dobrze że trafiliście na w miarę dobrą pogodę i można było pospacerować :-)

    A do Zamościa zapraszam, jest co zobaczyć -miasto renesansowe. Mieszkam 10 km od Zamościa także wiem co piszę :-D
    Pozdrawiam serdecznie
    www.rodzinka2plus2.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałam zapytać...co to za spacerówka? Bo jestem na etapie intensywnego poszukiwania i braku zdecydowania :-\

      Usuń
    2. No może następnym razem wreszcie trafimy... Ja już ten Zamość od 5 lat planuję i wiecznie nie wychodzi:) Nie wiem czy nas tam nie chcą czy co;)

      Usuń
  8. To Armadillo z firmy mamas@papas: https://www.mamasandpapas-polska.pl/produkty/kategoria/353/armadillo Ja bardzo polecam:) Z dnia na dzień jestem z niej coraz bardziej zadowolona:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Dziękuję za link ;)
    Wózek jest naprawdę fajowy!

    OdpowiedzUsuń