Gdy w domu nie ma podłogi

By środa, sierpnia 12, 2015

Gdy trzymając na jednej ręce Bąbla, na drugiej torbę podróżną, objuczona dodatkowo dwoma plecakami, spoglądnęłam do tyłu na K., którego de facto nie było już widać pod ciężarem kolejnych walizek, pchającego przed sobą jeszcze Adasiowy wózek, nie miałam złudzeń... Zanim ktokolwiek z nas znajdzie w bagażach klucze do mieszkania - minie wieczność.



Po dwóch tygodniach przymusowej banicji u moich rodziców, wróciłam do domu. Do miasta. Do 30 metrów kwadratowych. Banicji przymusowej, bo A. nie był w stanie znieść ani minuty dłużej w mieszkaniu, w którym po sąsiedzku ktoś rozprawiał się ze ścianami wiertarką udarową. Decyzja o wyjeździe do rodziców zapadła w 30 sekund. Decyzję o powrocie najchętniej cofnęłabym już teraz. Wróciłam do domu z urlopu pełnego przestrzeni, ładu, porządku i względnego (jak na 39-stopniowe upały) chłodu. Wróciłam do mojego ciasnego M1.

Gdy już znalazłam moje klucze do mieszkania w wewnętrznej kieszonce wewnętrznej przegrody torebki zwanej damską (o jednak dość sporym litrażu jak na cokolwiek mogącego należeć do damy...), upewniwszy się, że nie są to klucze do domu jednych rodziców, do drugich rodziców, do starego mieszkania pierwszych rodziców, do skrzynki elektrycznej, do skrzynki na listy, do skrzynki na listy starego mieszkania rodziców i do zabezpieczenia roweru K., z drżeniem serca otworzyłam drzwi. Rzuciłam przed siebie walizki i... w zasadzie mogłam już wyjść. Bo wejść do środka to ja nie powinnam na pewno.

Do tego, że w moim domu nie widać drewnianego parkietu, mimo codziennego (!) odgruzowywania go z zabawek i nie-zabawek Małego, już nawet przywykłam. Przez dwa tygodnie jednak zdążyłam się rozbestwić i zapomnieć o tym, że przez moje jedyne okno w kawalerce wpada w zasadzie tylko światło i ciepło, a tlen zdaje się omijać nas z daleka. Nagle okazało się, że to co brałam za niewyobrażalnie rekordowy upał w domu rodziców, w zasadzie było jedynie jakimś lekkim wyżowym ociepleniem. Bo jak to się ma do tej spiekoty, którą wygonić próbowałam cały wieczór mając szeroko otwarte drzwi na klatkę schodową, zastawione torbami i walizkami, które na szczęście do mieszkania się nie zmieściły, za to skutecznie udaremniły mojemu synowi próbę zwiedzania schodów. Tych wiodących na dół rzecz jasna, jakby sam chciał powiedzieć: 'Matka, zwariowałaś, że ja mam tu dzisiaj niby spać?' Tak synu, między mną i tatą, na naszej wspólnej wersalce.

Odzwyczaiłam się zresztą od zbyt wielu rzeczy. Od krojenia pieczywa na płycie elektrycznej, bo innego blatu nie posiadam. Przecież nie wcisnę się na ten już istniejący, między ociekaczem, czajnikiem i robotem kuchennym. Odzwyczaiłam się od lodówki o skromnych wymiarach 80 na 50 na 50, do której kolejnego ranka układać będę przywiezione przez miłego pana z Tesco zakupy, uskuteczniając trudną i zawiłą sztukę origami, zastanawiając się czy ten szczypiorek zmieści się położony poprzecznie między sufitem lodówki a bakłażanem i cebulą szalotką. Trzymanie czegokolwiek nadającego się do jedzenia poza lodówką w taki skwar byłoby strzałem w stopę. No i zaproszeniem na obiad dla rybików mieszkającym w naszym nowoczesnym ogrodzonym getcie. Odzwyczaiłam się także od walających się pod nogami kilkunastu par butów moich, K. i A., które są nieco bezdomne i żadna szafka przygarnąć ich nie chce, bo każda pęka już w szwach. To nic, że codziennie misternie układam je pod ścianą. Mój syn ma inne plany wobec nich i jego zdaniem powinny leżeć właśnie na środku kuchni. I przedpokoju. Bo przecież u mnie to jedno i to samo:) Sprawę rozwiązałoby z pewnością kilka większych kartonowych pudełek, ale te już piętrzą się na każdej możliwej do zagospodarowania przestrzeni - od podłogi po sam sufit. Odzwyczaiłam się również od tego, że gdy chcę wyciągnąć z regału książkę, bo zachciało mi się wziąć jakąkolwiek na spacer z nadzieją, że A. w parku zaśnie a ja oddam się cała literaturze pięknej, to muszę liczyć się z trudnościami. Próbując wyciągnąć jedną z regału zwanego 'regałem na książki', musiałabym  wydobyć ją spod pięciu teczek z dokumentami i rachunkami, spod walizki ze śrubokrętami K., twardego dysku, jakiejś ładowarki (nie wiadomo do czego, ale do czegoś na pewno i stąd wyrzucić jej nie można), pudełeczka z lakierami do paznokci, świnki skarbonki wypełnionej grosikami i czterema kremami Adasia na AZS. Zmieniłam zdanie: posłucham na spacerze muzyki z telefonu.

No mało mam miejsca, no! Mam za mało mebli, mam za mało przestrzeni, mam za mało powietrza. Po każdym weekendzie u rodziców wracam z torbami, które po rozpakowaniu z chęcią podwiesiłabym pod lampą na suficie, bo nawet ich nie mam gdzie upchnąć. Marzy mi się już zobaczyć czysty szeroki blat kuchenny, na którym oprócz ekspresu i czajnika dostrzec można już tylko świeże pachnące zioła rosnące na parapecie. Marzy mi się przedpokój, w którym z wieszaków nie spadają kurtki, które się na nich nie mieszczą, a przecież muszą na nich wisieć, bo swojej szafy nie mają. Marzy mi się pokój dla A., w którym upchnę te jego klocki, na których o 2 w nocy gubię zęby wracając z toalety. Marzy mi się wreszcie przestrzeń inna niż jednopomieszczeniowa, w której po zaśnięciu Bąbla nie musiałabym wychodzić na balkon chcąc pogadać z mamą przez telefon i w której nie musiałabym oglądać filmu przy zgaszonym świetle, ze słuchawkami na uszach. Marzy mi się nie mieć pod oknem hurtowni części samochodowych, w której codziennie o 22.15 dostawca tłumików trąbi na znak, że 'oto jest, oto przybył, możecie mnie wypakować'. Marzy mi się nie podziwiać torów kolejowych z pędzącym do Warszawy Pendolino i nie oglądać samolotów, którym już tak niedaleko do Balic, że nawet przy zmroku dostrzegam, że to właśnie Ryanair przeleciał, a 10 minut później, że ląduje Lufthansa. Marzy mi się otworzyć okna na przestrzał i poczuć, że istnieje coś takiego jak powietrze.

Dlatego wróciłam, ale zaraz uciekam. Za dwa dni będę znów za miastem. Znów poczuję, że tlen istnieje, a powietrze pachnie skoszoną trawą. Że koników polnych nie jest w stanie zagłuszyć żadna fabryka, hurtownia ani samolot. Za dwa dni jadę do siebie.

Byle do weekendu. Byle do przeprowadzki.

Mama Pana Adama

Zobacz również

17 komentarze

  1. O mój synek też lubi schody ;) Tylko, że on zdecydowanie woli się wspinać ;)
    Ja też mam mało miejsca ale na szczęście tylko w kuchni ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas ciasno wszędzie a kuchnia tylko symboliczna:D Niech no tylko się zacznie nowy miesiąc to zabieram chłopaków do Ikei po zapas nowych kartonów do przechowywania:D

      Usuń
  2. O kochana......współczuję ciasnoty i życzę ci byś juz czuła ten tlen i słyszała te pasikoniki :) Choć te ostatnie bywaja wkurzające na dłuższą metę :))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardziej niż wytwórnia betonu lub hurtownia części samochodowych?:D No nie sądzę:D

      Usuń
  3. Kochana, masz niesamowity talent do tego pisania, coraz bardziej się w tym utwierdzam. Po prostu, czułam się, jakbym wchodziła z Wami do tego mieszkania. :D. niemniej jednak, życzę Wam więcej przestrzeni, bo tak mi się smutno zrobiło, kiedy nawet o tym szczypiorku czytałam ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczypiorek na szczęście znalazł już swoje miejsce u nas w brzuchach:D Lodówka znowu załadowana po sufit:D

      Usuń
  4. Uwielbiam ten wpis! Akapit o kluczach <3 <3 <3
    Trzymam kciuki za przeprowadzkę, melduj się z tego powietrza!

    Ja jestem gdzieś pomiędzy - ciasne mieszkanie, ale nie doskwiera tak bardzo bo pasikoniki do niego wpadają i słyszę cykady głośniej od samochodów. Że już nie wspomnę o wymiarach lodówki, która ma przestrzeni zdecydowanie więcej niż zawartości - O-O :) A tym samym prawie codziennie wsidam w zuzobolid (to jest, piętnastoletnią hondę civic) i ruszam do mamy, która w domu z ogrodem na obrzeżach miasta (ale właściwie to w środku lasu) dyspomuje przestrzenią, powietrzem, cieniem, chłodem, basenikiem dla Mill i wiktuałami w lodówce które w magiczny sposób jawią się przed nami w postaci doskonale ugotowanego obiadu.

    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja 'mamoadamowego-bolidu' nie posiadam, więc od czasu do czasu jedynie tłukę się 1,5 godziny do mamy autobusami dwoma, ale mimo wszystko to nie jest ten sam komfort jazdy:D A pełna lodówka czeka co weekend na mnie:D Do tego stopnia pełna, że gdybym się najadła na zapas to może nawet wystarczyłoby mi na 5 pracowitych dni tygodnia:D

      Usuń
  5. Weekend juz tuz! Dacie radę! Trzymam kciuki! :-)
    My choć mamy 3 pokoje to kuchnia i łazienka są zdecydowanie za ciasne - we dwójkę przebywać tam to już mega tłok!

    OdpowiedzUsuń
  6. O tak! Nie ma jak przestrzeń dookoła :)
    Trzymam kciuki za przeprowadzkę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jeszcze z rok musimy poczekać:) Odliczam do niej każdy dzień:)

      Usuń
  7. Hahaha, właśnie czytam Twój wpis bycząc się u rodziców (których nie ma). Niby mam swoje piękne i duże mieszkanie, w którym i tak jest chłodno, ale co ogród, to ogród. I basen i trzy piętra o temperaturze 24 stopnie, podczas gdy na dworze trawa schnie w 40-stopniowym upale. Rozumiem Twoja frustrację. Przeżyłam kawalerkę, ba, nawet pokój w hotelu asystenckim przez rok z narzeczonym wtedy jeszcze mężem i kotem! Pokój dodam 2mx4m z łazienką na korytarzu, wspólną dla połowy braci doktoranckiej Uczelni. Więc wiem, rozumiem, podziwiam i trzymam kciuki za przeprowadzkę!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Przydadzą się z pewnością, bo ten ostatni rok w kawalerce będzie bardzo ciężki:D Prędkość z jaką przyrastają Bąblowe zabawki na środku pokoju jest wręcz zatrważająca...

      Usuń
  8. Aż poczulam tę spiekotę. :D Nie wyobrażam sobie powrotu do tych naszych wynajmowanych 32 m2.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się przeprowadzę to już chyba też sobie nie będę mogła wyobrazić:P

      Usuń
  9. Oj kochana jeszcze tylko piątek! :)
    P.S. Po skosie mamy fabrykę przetworów i niestety o różnych godzinach dnia i nocy słyszę PiiiiBiiiP z ciężarówek, aby ktoś otworzył łaskawie bramę...

    OdpowiedzUsuń