Slow mode. Slow life.

By środa, października 28, 2015

Najzwyczajniej w świecie brakuje nam ostatnio czasu - dla siebie, dziecka, przyjaciół, dla pasji, zainteresowań, dosłownie na wszystko. Mam wrażenie, że gdyby oddychanie nie było odruchem czysto bezwarunkowym to i na to byłoby tego czasu zwyczajnie za mało. Jestem ostatnio trochę jak chomik przebierający nóżkami na swojej ‘bieżni’, który za bardzo się rozpędził i niechybnie zaraz zgubi na niej nogi. Obym ja tych nóg chociaż nie zgubiła, bo głowa przepadła już gdzieś dawno.



Zapętleni.

Zapętliliśmy się w naszym pędzie życia. Wymarzone ‘M’ z ogródkiem wciąż jest tylko wymarzone, bo końca prac nie widać. Tablica magnetyczna wisząca smętnie w przedpokoju kawalerki (vel. kuchni, garderoby, salonu, sypialni i placu zabaw – wszak to wszystko jedno pomieszczenie jest, ale czy nie fajnie móc powiedzieć, że ma się przedpokój?:) wciąż atakuje mnie kolejnymi kolorowymi karteczkami z listą rzeczy ‘to do’. Szczepienie, telefon do banku, e-mail do producenta okien, dentysta, keczup do kupienia, żarówka nad lustro w łazience i ‘inpost’ do odebrania. Liczę na palcach, który dzisiaj dzień tygodnia. Dnia miesiąca nie potrafię się już doliczyć, a wiatr hulający na bankowym kącie nie koniecznie musi oznaczać, że 30-ty jest tuż tuż…

Niesprawny hamulec do wymiany.

Zwalniam. Bo po prostu muszę chcę. Potrzebuję zmiany jakości życia. Nie, nie tej materialnej, ale tej codziennej, tej tu w mojej głowie. Muszę w porę wyhamować i mocno zaciągać ręczny, gdyby ktoś z moich bliskich miał ochotę przyspieszyć lub niekontrolowanie wrzucić piąty bieg. A takie zachowania korcą, bo ‘na skróty’ zawsze brzmi lepiej niż ‘objazdem’. Szukam więc drogi ewakuacyjnej z tej autostrady, jakiegoś bocznego zjazdu, bo właśnie odkrywam, że wolniej znaczy bardziej, a mniej…

…Mniej znaczy więcej!

Tak - dopadł mnie minimalizm. Potrzeba czystego i jasnego umysłu, życia, wnętrza i szafy. Nigdy nie byłam typem chomika i daleko mi do mojego taty, który lubi gromadzić różne ‘przydasie’. Karta kredytowa, na której liczba zgromadzonych złotówek wciąż poprzedzona jest ogromnym znakiem ‘minus’ z pewnością ułatwia konsumpcyjne dylematy i niekupowanie rzeczy zbędnych. Ograniczam się więc do cotygodniowych e-zakupów Tesco, kilku cegieł, których zabrakło majstrowi na budowie, a w drodze szaleństwa kupuję skórzane buty na zimę za trzy stówy z nadzieją, że w przyszłym roku i dwóch kolejnych kupować już nowych nie będę musiała.

Ale tu nawet nie o zakupy chodzi, a o stan posiadania i kawalerkowego dobytku nagromadzonego przez prawie trzy lata. Do wiosny jeszcze daleko, a mimo to każde porządki w moim małym ‘M’ kończą się wyniesieniem kilku czarnych worków na śmietnik. Rzeczy totalnie zbędnych, zniszczonych, trzymanych chyba tylko z sentymentu. Nagle stwierdzam, jak niewiele ubrań noszę na co dzień, jak niewiele jest zabawek, którymi Bąbel naprawdę się bawi i jak niewiele jest pamiątek, które rzeczywiście pamiątkami są. Nie pędzę więc do galerii, bo akurat zaczęły się środkowo-sezonowe przeceny albo właśnie rozdają majtki w gratisie do stanika. Cenię sobie ostatnio przestrzeń, co dodatkowo ułatwia mi wybór między ilością a jakością. I to nie tylko w kwestii zakupów…

Licz (na) przyjaciół.

214 to całkiem niezły 'inwentarz'. Tylu znajomych ponoć posiadam, a przynajmniej tak twierdzi sam Facebook. Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, ilu z nich tak naprawdę zostawiłabym na mojej 'shortliście;, gdybym miała wybrać tych, z którymi wiąże mnie coś więcej niż ‘cześć’ rzucone na ulicy. Nie licząc męża i najbliższych krewnych, to w porywach kilkanaście osób. Life is brutal and full of zasadzkas’ – jak mawiał klasyk. I tak, cieszy mnie stan mojego skromnego inwentarza. Swoją drogą macierzyństwo (a może w ogóle rodzicielstwo?) upraszcza tę dziedzinę życia, bo naturalną koleją rzeczy jest samoistne wykruszenie się kilku znajomości, które to nie podołały nowym wyzwaniom w relacjach ze świeżo upieczoną mamą czy tatą. Tym bardziej doceniam tych, którzy zdali egzamin z empatii i wsparcia na coś więcej niż mierny na szynach.

Priorytety

Bycie mamą to ostatnio w ogóle kwestia najważniejsza w chwilach spędzonych nad własnym ‘me, myself and I’. Po krótkiej chwili nostalgii i tęsknoty za pracą zawodową, znowu wiem, po co jestem pełnoetatową mamą. Powrót do pracy kusi jak nigdy dotąd, wszak to, że Bąbel dużym chłopcem jest -  każdy widzi. Nie dam się jednak wcisnąć w schematy i statystyczne cyferki, które twierdzą, że po 12 miesiącach spędzonych z własnym dzieckiem nie jestem mu już potrzebna, a na pewno nie przez te 10 godzin pracy i dojazdów dziennie. Kolejny raz przeanalizowałam swoje priorytety, poprzestawiałam ich kolejność i mimo tego, że wiele się zmienia to pierwsze miejsce drgnąć nie chce. Potomek zostaje na 'top of the top', do czasu… Czas pokaże. Nie chcę zastanawiać się, 'co będzie gdy'. Chcę żyć tu i teraz, z Nim i pokazywać mu świat, który widzę ja. A nagle okazuje się, że odkąd jest On, ja widzę ten świat jakbym pierwszy raz zeszła na ziemię. Głupie szuranie nogami w liściach w parku, samolot na niebie czy biegnący kudłaty pies - to wszystko daje więcej frajdy niż 4 pochwały szefa, z których nic nie wynika. A z uśmiechu mego dziecięcia - a i owszem.

To jest mój realny wybór, na który chce mieć wpływ. Nie tylko na ten, ale także na pracę, do której chcę wrócić. Za tych kilka ciężkich i długich miesięcy, pełnych innych zajęć i obowiązków. Chcę je dobrze wykorzystać i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy na pewno chcę robić w życiu to, co myślałam że będę robić jeszcze 2 lata temu? Czy na pewno będę szczęśliwa w pracy, której nie do końca czuję? Zmiany, zmiany, zmiany…

Happiness is easy

Zawszę lubiłam tę płytę Rojka i spółki. I może z sentymentu do młodzieńczych czasów lubię ostatnio powtarzać sobie to hasło. Nigdy natomiast nie kupowałam frazesów powtarzanych przez profesjonalnych 'coachów', wedle których tylko od nas samych zależy nasze szczęście. Gdyby mieli rację to i w dalekim Mali dzieci wzięłyby los w swoje ręce i ruszyły w świat po sukces. No nie, tak się nie da. Jeśli jednak moje ‘tu i teraz’ zależne są przynajmniej w części ode mnie, to dla tej części chcę poświęcić jak najwięcej energii i uwagi. Tym bardziej, że moje marzenia nie są ostatnio szczególnie wygórowane. Zwalam to na teorię, którą ukułam na potrzeby własnych przemyśleń. Może tak jest, że im bardziej człowiek kocha, im więcej miłości nagromadził pod swoim dachem, tym prostsze są jego marzenia? Moje na pewno. Bo kto marzy, by w każdy jesienny wieczór móc siąść ze swoimi chłopakami przed cieplutkim kominkiem, czytać książki na dywanie i popijać gorącą czekoladą? To jest moja historia, którą tworzę, moje życie, moje wspomnienia, wspomnienia Bąbla. Na tym dywanie wszystko ma sens. Wszystko jest na swoim miejscu, łączy się ze sobą w logiczną całość. Potrzebuję tak niewiele, by mieć wszystko.

***


Może to właśnie kwestia szalejącej wokół mnie złoto-czerwonej jesieni, a może po prostu utwierdzam się w przekonaniu, że dorosłam. Do czego? Do życia, do marzeń, do bycia mamą i bycia sobą. Do polubienia siebie. Do zachwycania się codziennością, odkrywania jej na nowo, niemartwienia jutrem. Do poznawania świata przez całe życie. Do szukania.

Chcę żyć wolniej, lepiej, bardziej, z otwartymi oczami i uszami. I bardzo kręci mnie ostatnio życie w trybie ‘slow’. Chcę zostać w nim na dłużej. Bo od gryzących komarów w środku lata i gryzącego wełnianego swetra zimą , gorsze jest tylko gryzące sumienie. A ja, niezależnie od poru roku, bardzo nie lubię, gdy coś mnie gryzie.



Przełączona na 'slow mode'
Mama Pana Adama

Zobacz również

14 komentarze

  1. To kubek kawy/herbaty do ręki i - zwolnijcie na chwilę, na dłużej i czuj się z tym dobrze!
    Tak trzeba! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak też robimy:) A wczoraj udało się nawet zostawić Bąbla Dziadkom i zaplanowana całodniowa randka tylko we dwoje zakończyła się pełnym sukcesem:)

      Usuń
  2. Świetnie Cię rozumiem. Mimo, że pełno etatowa ze mnie mama to mam ochotę zatrzymać czas, zwolnić i nabrać powietrza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą! Moje płuca przyjmą nieograniczoną ilość powietrza:)

      Usuń
  3. Oj tak. Trzeba zwolnić, choć na chwilkę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niezwykle prawdziwy i szczery wpis. Odnajduję w nim cząstkę siebie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja ostatnio też pędzę jak taki chomik ale lubię czuć przyjemny wiatr we włosach :) Oczywiście są momenty, w których schodzę z kołowrotka by zająć się najbliższymi :)

    OdpowiedzUsuń
  6. To bardzo szczere i prawdziwe. Ja ostatnio czuję się podobnie. Chciałabym zwolnic ale jestem jak pędzący samochód, który zaraz uderzy w drzewo. Tym drzewem będzie mój powrót do pracy. Przeraża mnie to.

    OdpowiedzUsuń
  7. A można się spytać - na jak długo złożyłaś wniosek o urlop wychowawczy?
    Ja również jestem w tej mniejszej grupie, która będzie się decydowała na razie na urlop wychowawczy i zostanie z córką w domu, tylko zastanawiam się na ile puścić pierwszy wniosek.
    Decydując się na urlop wychowawczy zostawiam dość dobrze płatną pracę - spokojnie opłaciłabym żłobek bądź nawet opiekunkę i jeszcze by mi została dość ładna kwota, nie mniej nie wyobrażam sobie widzieć moje dziecko od godziny 15-17 - to jeszcze nie mój czas. Nie jest typową Matką Polką, nieraz moje dziecko mnie tak irytuje, nieraz musi mnie ratować mąż z opresji bo za dużo przebywam z córką, jednak uważam, że dziecko tylko raz jest malutkie, tylko raz tak potrzebuje mocno kogoś bliskiego obok siebie, że stawiając to obok pracy, stwierdzam, że będzie co będzie, ale stawiam na dziecko w tej chwili.

    Z tym wolnym czasem pewnie jest krucho, ale pomyśl, co by było gdybyś wróciła do pracy, dopiero ile byłoby go mniej.

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  8. Z tymi minimalizmem! Mam to samo! Naszło mnie! wywalam wszytsko jak leci, oddaje potrzebującym, rozdaję po rodzinie. Nie używam długo, wywalam. Koniec! Zagracam się tak a potem frustracja ciągłego bałaganu, czy wypadających rzeczy z szafy doprowadza mnie do nerwicy!
    Ściskam Cię!

    OdpowiedzUsuń
  9. Ojjj ja tez zrobiłam niezłe czystki w facebookowych znajomosciach bo wssrod nich byli tacy, ktorzy nawet czesc nie powiedza gdy sie mijamy na ulicy.
    a ten czas.... ja tez mam go wiecznie zbyt niewiele. Na wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  10. Je jestem, ciągle na pełnych obrotach, przydałaby się chwile spokoju ale na razie się nie zanosi.
    Żeby jednak nie zwariować wyjeżdżamy z mężem raz na jakiś czas gdzieś dalej, żeby nabrać dystatansu, zpaomnieć o codziennych troskach.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja też ostatnio postanowiłam uporządkować nieco swoje życie i zaczęłam od... szafy. Niestety jestem typem chomika i w moim otoczeniu znajduje się mnóstwo niepotrzebnych rzeczy co doprowadza mnie powoli do szału. Teraz staram się dążyć do minimalizmu :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Byc moze "wbrew pozorom" slow life to wlasnie minimalizm. Albo odwrotnie. Czytam fantastyczna ksiazke, Sztuka prostoty i to moja minimalistyczna biblia, o stylu zycia, nie tylko posiadania.
    Popieram!

    OdpowiedzUsuń