Offline. O czytaniu.

By czwartek, lutego 11, 2016

Gdy w grudniu ubiegłego już roku zdałam sobie sprawę z tego, że od blisko dwóch miesięcy moimi jedynymi przeczytanymi lekturami są 4 katalogi IKEA, witryna internetowa producenta desek podłogowych i kilka etykiet kosmetyków stojących na półce w łazience... złapałam się za głowę. Jak doszło do tego, że z mola książkowego w kilkanaście tygodni zamieniłam się w totalną biblioteczną ignorantkę? Jak zwykle wykręcić mogłabym się ‘niedoczasem’ i w sumie byłoby to nawet zgodne z prawdą. Ale nie. Wykręcać się nie zamierzam i biję się mocno w piersi. Wszak czytać lubię, chcę i muszę – dla odpowiedniej higieny umysłu, ale także dla przykładu. Bo pod swym ‘molowym’ skrzydłem wyhodowałam niepostrzeżenie malutkiego miłośnika literatury wszelakiej.



-‘Cita.’
- Koteńku mama jeszcze śpi, zobacz jest ciemno za oknem…
-‘CITAAA!!!!’
-No dobrze, już czytam…

I gramoli się już na łóżko, targając ze sobą opasłe (jak dla dwudziestomiesięczniaka) tomisko ‘Ulicy Czereśniowej’. Nie śmiem odmawiać jego kategorycznym rozkazom czytania. ‘CITA!’ (‘czytaj ‘– przyp. red.:)) jest w stanie zrzuć mnie z łóżka skuteczniej niż 'pali się' lub 'nie wyłączyłaś żelazka'. To nic, że jeszcze z pustym brzuchem, jeszcze z pełnym pęcherzem, jeszcze z nieświeżym oddechem... Odgrzebuję się spod kołdry i... Czytam.

Widać hierarchia potrzeb mojego małego człowieka została nieco wywrócona do góry nogami. Pasuje mi to, może nie o 6 rano, ale w pozostałych porach dnia – a i owszem. Tym bardziej, że to właśnie książki ratują mój matczyny tyłek i coś co potocznie zwie się autorytetem. Ja tam wiele nie wiem na jego temat, bo u mnie altualnie jest chyba w fazie remisji. Nie mogąc ostatnio dojść do porozumienia z własnym synem, który jedynie RZĄDA i ewentualnie płacze (bo nie włączyłam mu bajki, bo nie dałam pobawić się nożem, bo gumowy krokodyl nie mieści się do plastikowego kubeczka, bo schowałam do szafki odkurzacz, bo pralka jest wyłączona, bo makaron na moim talerzu jest ładniejszy niż na jego i wreszcie BO TAK), z premedytacją i uporem maniaka sięgam po książki rozrzucone po całym mieszkaniu. Jedna na dywaniku w łazience, druga w łóżeczku, trzecia pod szafką na buty… Niby samoistnie stworzony bałagan, ale przyznaję – dobrze mieć zawsze jakąś przy sobie, bo czasu na spacyfikowanie dwudziestomiesięczniaka wiele nie ma. A spacyfikować można go tylko książką.

Skąd mu się to wzięło? Nie mam pojęcia. Nie sądzę, by wpływ miało moje 8,5 miesiąca ciąży spędzonych w dużej mierze na jeżdżeniu autobusem do pracy, na siłownie czy uczelnię ze stolicy Śląska do stolicy Małopolski. Czytałam non stop w każdym możliwym środku transportu, ale Bąbel w tym czasie jedynie kopał mnie od środka, co interpretowałam raczej jako sprzeciw, a nie aprobatę. Nie sądzę  też, że to sprawa genów. Przecież oprócz mnie ma też rodzonego ojca, który sam mówi, że gazetka z Selgrosa jest jedyną lekturą jakiej potrzebuje, bo wszystkiego innego dowie się z ‘WWW’. Programista^^


Dbam o tę jego pasję (Bąbla, bo na tatę już za późno^^). Trzymam się jej kurczowo jak tonący brzytwy, bo to jedyne zajęcie, które potrafi go uspokoić, wyciszyć, zająć czymkolwiek na dłużej niż 10 minut. I mam nieodparte wrażenie, że to najlepiej wykorzystany czas, jaki razem spędzamy w długie zimowe poranki i jeszcze dłuższe popołudnia.

Jak więc nie dawać dobrego przykładu? Nowy rok to idealny moment na mocne postanowienie poprawy i powrót do dawnych przyzwyczajeń. Do otworzenia książki zamiast klapy laptopa w trakcie krótkiej drzemki Bąbla. Do włączenia audiobooka zamiast kolejnego odcinka internetowego serialu.

Gdy rok temu słyszałam o facebookowej akcji ’52 Book Challenge’ zachęcającej do czytania jednej książki tygodniowo, nie wiedziałam o co tyle szumu, skoro pewnie co drugi człowiek na świecie tyle czyta. Ja czytałam. Gdy rok minął i okazało się, że było ich pewnie jakieś trzy razy mniej, postanowiłam interweniować w swojej własnej sprawie.

Dlatego w tym roku akcja jest dla mnie motywatorem. Nie tyle ma mnie zmusić do czytania, bo tego robić nie trzeba, ale ma przypominać, by książkę mieć zawsze przy sobie. Żeby te kilka chwil dziennie, które są tylko i wyłącznie moje nie zostały zmarnowane na głupoty. Może tak jak Bąbel powinnam porozrzucać sobie kilka książek w różnych częściach domu?;)

Trzymajcie kciuki, bo jestem na nowej/starej drodze do sukcesu w kwestii higieny własnego umysłu:)

Pozdrawiają zaczytani

K&A


Zobacz również

5 komentarze

  1. Niech mu to zamiłowanie zostanie. Bardzo chciałabym żeby pasja czytania została moim chłopakom. Tymek czyta już sam, a Nati bardzo chętnie się uczy i odkąd odkrył, ze potrafi już co nieco przeczytać to non stop ćwiczy. Nie mogę się doczekać, aż zacznie tak jak Tymek sam pochłaniać książki.

    OdpowiedzUsuń
  2. :) Powodzenia. Fajnie, że Adaś tak lubi książki. Teraz to chyba coraz rzadsze u dzieci, więc warto pielęgnować. Fajny tekst, motywujący :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Programista. Skądś to znam. Jedną jedyną prenumeratę właśnie odmówiliśmy, bo "po co, skoro to samo wyczytać można w Internecie". Chyba łączy nas nie tylko kawalerka i budujący się dom, ale także nieczytaty mąż-programista! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ulica czereśniowa, nasza ulubiona ❤

    OdpowiedzUsuń
  5. "Nie mogąc ostatnio dojść do porozumienia z własnym synem, który jedynie RZĄDA i ewentualnie płacze (bo nie włączyłam mu bajki, bo nie dałam pobawić się nożem, bo gumowy krokodyl nie mieści się do plastikowego kubeczka, bo schowałam do szafki odkurzacz, bo pralka jest wyłączona, bo makaron na moim talerzu jest ładniejszy niż na jego i wreszcie BO TAK), z premedytacją i uporem maniaka sięgam po książki rozrzucone po całym mieszkaniu." - mistrz! I och jak znajomo to brzmi! Jak Wam idzie? Mi nieco gorzej niż planowałam,a le zwalam na DELTĘ (kurs nauczycielski) i wieeeelką opasłość tomisk które czytam :) Liczę na to że sesje karmienia z niemowlakiem w lecie przyczynią się do zakończenia misji sukcesem :) Buziak!

    OdpowiedzUsuń